Translate

wtorek, 14 października 2014

Rozdział 4

 Na sam początek chcę powiedzieć, że kończę powoli z pisaniem Kanon. Może dam tu jeszcze z dwa rozdziały i śliczny epilog ^^.         Następnie zamierzam napisać opowiadanie nie takie z naszymi uroczymi chłopcami k-popowcami. Mam nadzieję że wam sie spodoba nowe opowiadanie...i wkrótce dodam nowe profile postaci.   Póki co życzę miłego czytania ^^

  Wlokłam się z Kiseopem po różnych prawnikach. Nikt nie mógł nic zrobić. Czyli historia się powtórzy. Wrócę do domu ciężarna tak jak moja mama. Dziecko jak i ja będziemy zniewoleni. To po prostu nie fair!
-Kanon spokojnie, znajdziemy kogoś.
-Kiseop nie! Nie znajdziemy! Ta wredna kobieta obmyśliła wszystko! Podła jędza!
-Ej! Uspokój się-przytulił mnie do siebie mocno-musisz uważać na dziecko.
-Ale....
-Wracaj do domu. Odpocznij ja załatwię resztę.
-Ale...
-Idź może do pana Changa?-uśmiechnął sie lekko- ma urodziny, a chyba ciebie tylko lubi. Mam prezent dla niego.
-Nie powinnam...
-No idź! Pogadaj z nim o muzyce! Będziesz się lepiej czuć.
-Um...dobrze już pójdę.
-To sie ciesze! Zawiozę cię!

  Godzinę później stałam przed domem słynnego muzyka. Westchnęłam. Od kiedy się z nim przyjaźnię? Dziwne to, że wytrzymuje z nim a on ze mną.
 Zadzwoniłam do wejścia jego domu. Stałam w letniej kurtce bo akurat było już ciepło. Dziwne skoro to początek marca.
-O Kanon witaj!
 Zanim sie zorientowałam Chang wciągnął mnie do swojego domu. Był na bosaka, prawie cały ubrany nie licząc rozpiętej koszulki.
-Aż tak tobie gorąco?-spytałam.
-Tak tak.....a co tu masz?
-Prezent dla ciebie! Masz przecież urodziny!
-Och dziękuje ci!
 Zabrał z moich rąk dużą paczkę i zaniósł ją do swojego pokoju. W tym samym czasie ściągnęłam kurtkę po czym poszłam do salonu. Byłam w tym domu setki razy, a to Chang dzwonił że coś mu jest,a  tym ,,czymś'' to było brak wina. Niedługo facet się upije.
-Proszę-podał mi duży bukiet czerwonych róż.
-A to niby za co?
-Miałem przyjaciółkę Polkę. Dzisiaj z tego co mi tłumaczyła jest dzień kobiet i faceci dają róże panią.
-Ym nie musiałeś ale dziękuję.
 Uśmiechnęłam się promiennie. Kiseop miał rację prawie bym zapomniała o babce....no prawie.
-Dzwoni ktoś do ciebie Kanon.
-A...jakiś nieznany numer.
 Wstałam i odeszłam kawałek dalej po czym odebrałam telefon.
-Tak?
-Kanon skarbie! Za kilka dni wracasz do mnie! Jak sie czujesz kochanie?
-Ale...kto mówi?
-Och...nie pamiętasz mnie?
 Zamurowało mnie.
-Henry-szepnęłam.
-Tak! Pamiętaj! Niedługo rozprawa! I będziesz moja!
 Spanikowana rozłączyłam telefon i pod wpływem emocji wyrzuciłam przez okno. Chang spojrzał sie na mnie zdziwiony i wtedy poczułam ból brzucha, a może podbrzucha? Nie wiem...nie wiedziałam strasznie mnie to bolało.
-Kanon nic ci nie jest!? Kanon!
-J-ja....chyba rodzę.
-Ale że już!? Boże święty! Jedziemy na pogotowie!
 Wziął mnie w ramiona i wybiegł na dwór do swojego samochodu. Dosyć szybko znaleźliśmy się w szpitalu. Gdy wzięli mnie na porodówkę już nic nie pamiętałam.

-Halo Kanon zbudź się jest po operacji.
 Otworzyłam oczy i moim oczom ukazała się Charlotte. Uśmiechała się lekko do mnie.
-Dobrze się czujesz?
-Yhym...-pokiwałam głową.
-Przyjechał z tobą mężczyzna, ma tu przyjść?
-Tak jasne...
Charlotte wyszła i poprosiła Changa na salę w tym samym czasie przywiozła mojego synka. Poczułam jak sie zaraz rozpłaczę. Był taki drobniutki i śliczny.
-Jest zdrowy?-spytał Chang.
-Niestety nie, urodziłaś go w 7 miesiącu. Na szczęście da się jego uratować.
-Mogę go potrzymać?
-Tak jasne, najlepiej jakbyś go nakarmiła.
 Podała mi maluszka, a ja przytuliłam go lekko. Był taki malutki i kruchy i niewinny.
-Pewnie będziecie dobrze żyć z Kiseopem-odparł Chang.
-Nie raczej nie...
-Dlaczego?
 Bez namysłu opowiedziałam jemu o babce. Praktycznie o wszystkim co odwaliła! Spostrzegłam że pani Kim przysłuchuje się nam.
-Dokańczając jestem niby niepełnoletnia, a matka nie żyje, a ojca nie znam. Dlatego trafię do niewoli u babci.
-W sumie-odparła Charlotte-to nie musi się tak skończyć.
-Ale...
-Wiem kim jest twoja matka i ojciec. Znaczy twoja mama żyję. Nie umarła babcia cię okłamała.
-To w takim razie kto jest ojcem?-spytał Chang.
 Charlotte uśmiechnęła się do nas.
-Czy to nie uroczę, ze wnuczek urodził sie w dzień urodzin dziadka?
-Ale ja dzisiaj mam urodziny-powiedział Chang.
-No właśnie.
-Jesteś moim ojcem?!-wrzasnełam zdziwiona

2 komentarze: